Siedzę w autobusie z Sapa, jestem może w połowie drogi i moja podświadomość informuje mnie o pewnej, istotnej sprawie...w szafie pokoju hotelowego wisi moja kurtka. F...k. Szybki sms do hotelu z informacją, że odbiorę ją w poniedziałek i prośbą o potwierdzenie. Dojeżdżam do Lao Cai, odpowiedzi brak. Postanawiam zadzwonić, odbiera jakiś gościu. Nie za bardzo mówi po angielsku, ale po jedynym OK z jego strony, wnioskuję, że mnie zrozumiał. Oby.
Godzinę czekam na busa do Bac Ha. O 14:00
jestem na miejscu. Znajduję nocleg w guest housie z widokiem na targ. Trwają
przygotowania, ustawianie stoisk, rozstawiają się garkuchnie, które będą jutro
karmić licznie przybyłych. Robię rundkę po wsi. W niedzielę wstaję o 08:00 i
widzę z balkonu, że targ już trwa. Kupić można wszystko: warzywa, owoce, bimber
z plastikowych kanistrów, mięso, ciuchy, żywy inwentarz, jest dział z
chińszczyzną, są również różnego rodzaju wyroby rękodzieła ludowego. Można
skorzystać z usług fryzjera, który przyjmuje "pod chmurką". Dla
zgłodniałych tradycyjne pho bo, albo
bardziej treściwe wyroby z wnętrzności wołowych i wieprzowych.
Na targ schodzi się etniczna ludność z pobliskich wiosek, tak, że jest
kolorowo.
W poniedziałek wracam do Lao Cai, kupuję
bilet na nocny pociąg do Hanoi, no i czeka mnie jeszcze wycieczka do Sapa, po
kurtkę. Mam nadzieje, że nikt sobie już jej nie zarezerwował. Zjawiam się w
hotelu, przedstawiam krótko moja sprawę i bez problemu otrzymuję moją zgubę.
Uff..bez kurtki było by mi ciężko, szczególnie wrócić w listopadzie do kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz