poniedziałek, 19 października 2015

8. Bac Ha - niedzielny targ

Opuszczam Sapa w sobotę rano. Okazało się, że do Lao Cai jeżdżą też autobusy za 28.000 dongów, więc nie trzeba zdawać się na łaskę prywatnych busów. W Lao Cai chcę się przesiąść na autobus do Bac Ha, wioski oddalonej 70 km, gdzie w niedzielę odbywa się słynny targ.
Siedzę w autobusie z Sapa, jestem może w połowie drogi i moja podświadomość informuje mnie o pewnej, istotnej sprawie...w szafie pokoju hotelowego wisi moja kurtka. F...k. Szybki sms do hotelu z informacją, że odbiorę ją w poniedziałek i prośbą o potwierdzenie. Dojeżdżam do Lao Cai, odpowiedzi brak. Postanawiam zadzwonić, odbiera jakiś gościu. Nie za bardzo mówi po angielsku, ale po jedynym OK z jego strony, wnioskuję, że mnie zrozumiał. Oby.
Godzinę czekam na busa do Bac Ha. O 14:00 jestem na miejscu. Znajduję nocleg w guest housie z widokiem na targ. Trwają przygotowania, ustawianie stoisk, rozstawiają się garkuchnie, które będą jutro karmić licznie przybyłych. Robię rundkę po wsi. W niedzielę wstaję o 08:00 i widzę z balkonu, że targ już trwa. Kupić można wszystko: warzywa, owoce, bimber z plastikowych kanistrów, mięso, ciuchy, żywy inwentarz, jest dział z chińszczyzną, są również różnego rodzaju wyroby rękodzieła ludowego. Można skorzystać z usług fryzjera, który przyjmuje "pod chmurką". Dla zgłodniałych tradycyjne pho bo, albo bardziej treściwe wyroby z wnętrzności wołowych i wieprzowych.               
Na targ schodzi się etniczna ludność z pobliskich wiosek, tak, że jest kolorowo. 

W poniedziałek wracam do Lao Cai, kupuję bilet na nocny pociąg do Hanoi, no i czeka mnie jeszcze wycieczka do Sapa, po kurtkę. Mam nadzieje, że nikt sobie już jej nie zarezerwował. Zjawiam się w hotelu, przedstawiam krótko moja sprawę i bez problemu otrzymuję moją zgubę. Uff..bez kurtki było by mi ciężko, szczególnie wrócić w listopadzie do kraju.

Poniżej zdjęcia z targu.



















































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz