piątek, 16 października 2015

7. Sapa - wietnamskie Zakopane

We wtorek wracam do Hanoi. Kasjerka na dworcu w Ninh Binh dwa razy pyta, czy na pewno chcę bilet hard seat. W Hanoi jestem o 16:00 a następny pociąg mam dopiero o 22:00. Zostawiam plecak w przechowalni i ruszam w miasto.
Tak, tego mi było trzeba - piwo Bia Hoi sprzedawane na ulicy, nalewane prosto z kegi, gumowym wężem - szklanka kosztuje
80 groszy. Cieszy się dużym powodzeniem, szczególnie wśród turystów. Potem trafiam na gorące sajgonki prosto z woka,
teraz już wiem, że w Wietnamie smakują najlepiej. Dobrze, że za parę dni wracam do Hanoi, bo tych dwóch rzeczy na pewno nie odpuszczę.
Punktualnie wyjeżdżam do Lao Cai w 8 godzinną podróż. Tym razem jadę w przedziale soft seat, zajęta jest może 1/3 przedziału, więc jest w miarę wygodnie. O 06:30 jestem na miejscu, czeka mnie jeszcze 35 km do celu czyli Sapa. Pod dworcem atak właścicieli busów i ich naganiaczy o każdą białą twarz zaciągniętą do samochodu. Stawka jest stała 50.000 dongów (8,50 zł). Turystów sporo, ale busów jeszcze więcej, więc postanawiam zawalczyć o upust. Stanowczo odmawiam zapłaty ustalonej kwoty. Na początku mnie olewają, ale jak wszyscy turyści znajdują już swoje miejsca, a w niektórych
busach jeszcze pustawo, zaczyna się walka o mnie. Na początek proponują 45.000, potem ostatecznie 40.000. Zgadzam się. Proszą tylko abym nie mówił nikomu ile zapłaciłem. Zaoszczędziłem 10.000 dongów (1,70 zł). Mistrz!
Mam jeszcze fory, bo jako jedynego z busa podwożą mnie pod drzwi hotelu. Pokój w Son Ha Hotel miał mieć widok na góry
i rzeczywiście ma. Tzn mieszkam na trzecim, ostatnim piętrze i jak wychodzę z pokoju mam duży taras, na którym suszy się pranie właścicieli i potem również moje, ale góry (nie prania) widzę.
Biorę gorący prysznic i idę spać. Wstaję po południu, robię pranie a potem na zupę.
W tutejszych sklepach można dostać kompletny ekwipunek potrzebny do górskich wędrówek, mają tu: buty, kurtki, polary, śpiwory, plecaki... - same znane, najlepsze marki. Podróby, że aż szczypie w oczy.
Wieczorem jest chłodno, dobrze, że mam kołdrę, bo ogrzewania Wietnamczycy nie znają. W pokoju jest kominek, ale nie zamierzam z niego korzystać.
Następnego dnia wybieram się do wioski plemiona Hmong - Cat Cat. Jest ciepło, świeci słońce, pogoda jest idealna. Za wstęp kasują 40.000 dongów. Spędzam tam dwie godziny. Wioska jest dosyć skomercjalizowana, w prawie każdej chacie sklep z pamiątkami czy napojami i nawet jest free WiFi. Wracam do hotelu, potem idę na obiad - tym razem banh cuon cha. Na piątek mam zaplanowane nicnierobienie.

Widok z mojego pokoju

Sapa

W drodze do wioski Cat Cat


W wiosce Cat Cat

W wiosce Cat Cat


W wiosce Cat Cat

W wiosce Cat Cat

Mój obiad - banh cuon cha


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz