środa, 28 października 2015

10. Hue i Hoi An

Pierwszy raz jechałem autobusem sypialnym. Nie powiem, wygodniejszy niż zwykły autobus, ale nie dla kogoś kto mierzy ponad 180 cm. Dla Wietnamczyków idealny. O 08:00, po 13 godzinach docieram do Hue, byłej stolicy Wietnamu. Znajduję hotel za 6 USD i idę spać. Wreszcie mogę swobodnie rozprostować nogi. Po południu idę pozwiedzać - cytadela, zakazane miasto, groby cesarzy. W niedzielę nie robię nic.
W poniedziałek rano wyjeżdżam do Hoi An, kolejnego miasta na mojej trasie. Jak dla mnie najładniejsze stare miasto
w Wietnamie. Słynne też z krawców. Nie ma tu ulicy bez zakładu krawieckiego. Dużo czasu spędzam chodząc wąskimi uliczkami wśród starych, zabytkowych domów. Klimat jest.
Po dwóch dniach pakuje plecak i w dalszą drogę - tym razem Nha Trang, czyli plażowanie.

Autobus sypialny do Hue

Hue -Zakazane Miasto

Hue - Cytadela

Hue

Hue

Hue

Hue - kościół katolicki



Hoi An - lampiony

Hoi An - stare miasto

Hoi An - jeden z zakładów krawieckich 

Hoi An - stare miasto

Hoi An - stare miasto

Hoi An - stare miasto

Hoi An - stare miasto

Hoi An

Hoi An

Hoi An - stare miasto

Hoi An - stare miasto

Hoi An - stare miasto

Hoi An

Hoi An - Most Japoński

Hoi An -stare miasto

Hoi An - Most Japoński

Sajgonki bez smażenia, czyli zrób to sam

Sajgonki - kolejna wersja

Mango


piątek, 23 października 2015

9. Wyspa Cat Ba

Wsiadam w nocny pociąg do Hanoi. Po 8 godzinach jestem na miejscu, jest 05:30. Szybko do kasy, by kupić kolejny bilet na pociąg, który odjeżdża o 06:00. Mówię, gdzie chce jechać, a kasjerka mnie nie rozumie. Najzwyczajniej w świecie mnie olewa i zaczyna obsługiwać Wietnamczyków, którzy stoją za mną. Wzrokiem daje jej chyba do zrozumienia, że nie popuszczę, bo woła koleżankę i ta już mnie rozumie. Dostaję bilet. Dworzec w Hanoi ma 10 peronów i oczywiście mój pociąg odjeżdża właśnie z ostatniego. Biegnę, udało się, zdążyłem. O 08:20 przyjeżdżam do Hai Phong. Idę z buta do przystani promowej, jestem tam o 08:45, czekam 15 minut i wsiadam na prom na wyspę Cat Ba. Po 45 minutach jestem na wyspie. Hotel mam zarezerwowany z bookingu. Gwiazdki dwie. Melduję się, pokój na 4. piętrze, o dziwo jet winda. Padam ze zmęczenia, materac twardy, czuję się jakbym spał na podłodze. O 13:00 wstaję i zaczynam dokładniej przyglądać się pokojowi. Pościel wygląda na wypraną, ale zmięta niemiłosiernie. Klimatyzacja jest, ale nie działa. Dobrze, że jest wentylator. Lodówka też nie działa, a wygląda jakby nikt do niej nie zaglądał dobre parę lat. W szafce butelki z niedopitymi sokami, jakieś reklamówki. Wanna poobijana, umywalka ledwo trzyma się ściany. Ogólnie syf. Na początku miałem zamiar zmienić pokój, ale zobaczyłem jak wyglądają inne, bo były otwarte i nie różniły się za bardzo od mojego, więc dałem spokój. Hotel ma 40 pokoi, a zajęty jest tylko jeden - przeze mnie. Obsługa, w porywach 4 osoby siedzą całymi dniami przed hotelem. Lata świetności skończyły się tu już dawno. Jak dla mnie hotel nadaje się do zamknięcia i to od zaraz. Być może czekali kiedy wyjadę i to zrobili.
Ale żeby nie było, były plusy: widok z okna na zatokę, WiFi i oczywiście cena: 19 zł za dobę.
Wyspa ma trzy plaże, jako, że pogoda mi dopisała odwiedziłem wszystkie, woda w morzu idealna.
Ceny w knajpach przystępne i to bardzo, a największym hitem był 0,5 l. Tiger za 2 zł.
Po trzech dniach powrót do Hanoi. Jak już wcześniej sobie obiecałem poszedłem na piwo i sajgonki.
Kupiłem open ticket za 38 USD, czyli na całej trasie z Hanoi do Sajgonu liczącej ok. 1200 km nie muszę się martwić o transport. Po drodze mam przystanki w Hue, Hoi An, Nha Trang i Mui Ne.
W każdym mieście zostaję tyle dni ile chce, dzień przed planowanym wyjazdem robię rezerwację i jadę dalej.
Pierwszy kurs do Hue, wyjazd autobusem sypialnym o 18:00.

Cat Ba Harbour Inn - tu mieszkam

Mój pokój

Lodówka nawet nie chciała grzać

Widok z okna

Zatoka Ha Long




Jedna z trzech plaż


Sajgonki plus obowiązkowo Tiger

Naleśnik z mango i czekoladą





poniedziałek, 19 października 2015

8. Bac Ha - niedzielny targ

Opuszczam Sapa w sobotę rano. Okazało się, że do Lao Cai jeżdżą też autobusy za 28.000 dongów, więc nie trzeba zdawać się na łaskę prywatnych busów. W Lao Cai chcę się przesiąść na autobus do Bac Ha, wioski oddalonej 70 km, gdzie w niedzielę odbywa się słynny targ.
Siedzę w autobusie z Sapa, jestem może w połowie drogi i moja podświadomość informuje mnie o pewnej, istotnej sprawie...w szafie pokoju hotelowego wisi moja kurtka. F...k. Szybki sms do hotelu z informacją, że odbiorę ją w poniedziałek i prośbą o potwierdzenie. Dojeżdżam do Lao Cai, odpowiedzi brak. Postanawiam zadzwonić, odbiera jakiś gościu. Nie za bardzo mówi po angielsku, ale po jedynym OK z jego strony, wnioskuję, że mnie zrozumiał. Oby.
Godzinę czekam na busa do Bac Ha. O 14:00 jestem na miejscu. Znajduję nocleg w guest housie z widokiem na targ. Trwają przygotowania, ustawianie stoisk, rozstawiają się garkuchnie, które będą jutro karmić licznie przybyłych. Robię rundkę po wsi. W niedzielę wstaję o 08:00 i widzę z balkonu, że targ już trwa. Kupić można wszystko: warzywa, owoce, bimber z plastikowych kanistrów, mięso, ciuchy, żywy inwentarz, jest dział z chińszczyzną, są również różnego rodzaju wyroby rękodzieła ludowego. Można skorzystać z usług fryzjera, który przyjmuje "pod chmurką". Dla zgłodniałych tradycyjne pho bo, albo bardziej treściwe wyroby z wnętrzności wołowych i wieprzowych.               
Na targ schodzi się etniczna ludność z pobliskich wiosek, tak, że jest kolorowo. 

W poniedziałek wracam do Lao Cai, kupuję bilet na nocny pociąg do Hanoi, no i czeka mnie jeszcze wycieczka do Sapa, po kurtkę. Mam nadzieje, że nikt sobie już jej nie zarezerwował. Zjawiam się w hotelu, przedstawiam krótko moja sprawę i bez problemu otrzymuję moją zgubę. Uff..bez kurtki było by mi ciężko, szczególnie wrócić w listopadzie do kraju.

Poniżej zdjęcia z targu.