czwartek, 5 listopada 2015

11. Nha Trang i Mui Ne

Kolejny nocny autobus, tym razem tylko 10 godzin. Przyjeżdżam do Nha Trang przed 06:00 rano. Około 20 minut zajmuje mi dojście do hotelu. Zakwaterowanie jest od 14:00, ale mam nadzieję wcześniej dostać pokój. Podchodzę pod hotel, kraty zasunięte, jest tylko wąska szpara, przez którą się przeciskam. W recepcji na ławce śpi jakiś gościu, budzi się, sprawdza rezerwację, wszystko się zgadza. Na ladzie recepcyjnej zauważam polski akcent - dwie torebki barszczu czerwonego
z Knorra:-) Gościu na kalkulatorze wystukuje cyfrę 8, to znaczy, że mogę się zameldować o ósmej. Spoko, zostało mi jakieś 1,5 godz. Zostawiam plecak i w miasto. Idę do piekarni po drożdżówki. Pierwszy raz od miesiąca jem "śniadanie". Wracam po ósmej, pani recepcjonistka już o mnie wie, każe czekać 15 minut. Dostaje pokój na 4. piętrze, windy brak. Jest klima - działa, jest lodówka i o dziwo też działa, no i TV. Śpię do 13:00. Wychodzę z hotelu, do plaży mam jakieś 100 metrów, muszę tylko przejść dosyć ruchliwą ulicę. Plaża jest szeroka, piaszczysta, pływać w morzu za bardzo się nie da, bo fale są dosyć duże, ale zamoczyć się jak najbardziej.
Idę promenadą wzdłuż plaży i tak się zastanawiam czy ja aby na pewno jestem jeszcze w Wietnamie, czy może w jakimś rosyjskim kurorcie. Ruskich od zatrzęsienia, wszędzie. Prawdziwy wysyp tlenionych blond piękności. Nie ma hotelu czy restauracji bez rosyjskich napisów. Mają tu swoje biura podróży, sklepy. Czują się tu bardzo swobodnie, że nawet któregoś dnia zaczepia mnie Rosjanka i pyta jak dojść do marketu, więc ładnie w jej ojczystym odpowiadam, że nie mówię po rosyjsku. Zdziwiła się. No nie wiem, czy ja wyglądam na Ruska? Ich język trochę mnie drażni, ale rekompensuje mi to piwo Saigon za 1,70 zeta, więc jakoś daję radę.
Tutaj chociaż mają normalny supersam z cenami, więc wiem ile co powinno kosztować, bo w tych przydomowych sklepikach cena jest uzależniona od widzi mi się pani sprzedającej. A widzi mi się dla turysty jest zawsze mocno przesadzone. Prosty przykład: wiem, że woda normalnie kosztuje 10.000 dongów. Wchodzę do sklepiku, chce płacić, a pani wyskakuje 20.000, pytam jeszcze raz, ile? Pada odpowiedź, nie, nie 15.000, to dziękuję tam są po 10.000. A tak 10.000. Wiem, że to są małe kwoty, ale nie lubię być robiony w balona. A kto lubi;-)
Po trzech dniach wyjeżdżam do Mui Ne (5 godz.) też nad Morzem Południowo-Chińskim, ale to już mała wioska rybacka. Hotel na hotelu, te droższe przy samej plaży. Plaże ogólnie trochę brudne, wszędzie pozostałości po rannych połowach. Piwo w tej samej cenie co w Nha Trang, ruskich trochę mniej, więc jest OK. Tu mam czas na nadrobienie zaległości z czytaniem książek.
W czwartek wyruszam do Sajgonu (5 godz.), jest to mój ostatni odcinek trasy z open bus.

Plaża w Nha Trang






Makaron ryżowy z wieprzowiną, sos chili i orzeszki ziemne

Ryż z kiełbasą, jajko przepiórcze i sos chilli

Katedra w Nha Trang

Wietnamska panna młoda

Plaża w Mui Ne





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz